22 listopada
*Natalia*
I znowu szary dzień, patrząc za okno widzisz ten sam cholernie nudny krajobraz kilku obskurnych bloków, parking i sklep spożywczy.
Siedzę w przedostatniej ławce starając się dostrzec cokolwiek pięknego w tej szarej codzienności.
Dzień w dzień to samo. Nic nowego... Siedzę i patrzę, lecz nie znajduję nic ciekawszego niż szczęśliwie zakochana para, albo dzieciaki grające w piłką przed blokiem.
Cieszę się, że szkoła jest zaopatrzona chociaż w okna. Mogę pomyśleć obserwując deszcz i liście spadające z drzew.Trzeci rok tu siedzę. Mówiłam nic nowego. Po za szkołą czuję się jak O,5 tej szczęśliwej pary opisanej wyżej. Ja i Fabian. Szkoda, że go tu teraz nie ma. Wiki też nie ma ze mną. Dlaczego muszę chodzić do tej szkoły? W szkole i dopóki przez co najmniej pół godziny nie na przytulam się z Fabs'em czuję smutek i osamotnienie. Nie powiem mu tego, że w szkole czuję się źle, ponieważ jego tam nie ma. To Fabian. On byłby w stanie zmienić szkołę dla mnie, a i tak cudem jest to, że go nie wywalili z jego szkoły. Chodzę do szkoły do której chodzę, tylko ze względu na poziom i profil. Kiedy myślę, że będę musiała być kimś zwykłym, czuję, że nie! Nie mogę! Muszę dojść do celu, który obrałam sobie w życiu! Muszę chociaż spróbować! Musze być kimś ważnym... Wyjątkowym...
Po lekcjach wróciłam do domu, rzuciłam plecak w kąt i wpadłam twarzą w moją ulubioną poduszkę. Dzwonić? Nie dzwonić ? Zadawałam sobie to pytanie nie więcej niż 2 minuty. Chciałam już sięgnąć po telefon, żeby znaleźć chodź trochę pocieszenia, ale on mnie wyprzedził. Zadzwonił pierwszy.
-Halo? -rzuciłam , chcąc ukryć smutek, a zabrzmiało jakby bolał mnie brzuch.
-Hej kochanie! Stało się coś? Źle się czujesz? Może przyjechać?- jak zwykle wyczuł mój nastrój.
-Nie, nie! Wszystko ok, nie ma takiej potrzeby. -uspokajałam go, nie uwierzył.
-Mała co jest? Za max 15 minut będę. - rozłączył się nie dając mi wyboru.
Po 13-tu minutach usłyszałam pukanie drzwi. Chwyciłam szybko kawałek jakiegoś materiału, aby wytrzeć resztki mokrych śladów z twarzy. Zgramoliłam się z łóżka, pobiegłam otworzyć drzwi po drodze wymuszając twarzowy grymas potocznie nazywany uśmiechem. Ludzie twierdzą, że świadczy o szczęściu. Bzdura! Mogę uśmiechać się nawet na pogrzebie , nie robię tego tylko z przyzwoitości. Mój uśmiech nic nie znaczy.
Otworzyłam drzwi, a moim oczom ukazał się wysoki, niebieskooki brunet w czarnej kurtce i czapce ze śmiesznym pomponem koloru niebieskiego. 189 cm mojego szczęścia. Od razu mnie przytulił a ja, jak to ja, nie wyrobiłam i się rozbeczałam. Teraz już był pewny, że coś się dzieje. Nie odpuści za cholerę.
***
Taki Tam Rozdział I. Za niedługo dodam II rozdział. Proszę o kilka słów krytyki.+Chętnie czytam wszystkie blogi, jeżeli ty czytasz mój.Dodaj się do obserwatorów. <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz